Pruchna
Fragment z książki pt.: „Pruchna. Dzieje wioski od czasów najdawniejszych do 1945 roku”
Budynki mieszkalne wyglądem zewnętrznym, jak i wewnętrznym nie różniły się od tych występujących w pobliskich miejscowościach. Dla przykładu dom Anny Heczko, która zmarła w 1930 roku, zbudowany był z drewna. Był długości 13 metrów i szerokości 6 metrów. Pokryty był dachówką cementową. Budynek składał się z dwóch pokoi, komory i chlewa na dwie krowy. Przy budynku były dobudowane dwa drewniane chlewki. Do gospodarstwa należało pastwisko, ogród i użytki rolne. W omawianym okresie budynki były zbudowane z cegieł, jedynie domy komornicze z drzewa. Karol Pieczka w swoim rękopisie z około połowy lat trzydziestych podał, że wszystkie budynki były otynkowane i pomalowane. Większość z nich była parterowa. Natomiast dachy pokryte były dachówką lub słomą. Przeważnie budynki mieszkalne posiadały podłogę drewnianą, niektóre glinianą lub zawierające drzewo i cement. Budynki mieszkalne składały się z kuchni i zróżnicowanej liczby pokoi, czasem do tego komora. Często bywało tak, że w pokoju, który był zarazem sypialnią, znajdowały się dwa łóżka. Jedno dla rodziców, a drugie dla dzieci. Zdarzało się, że niektórzy domownicy spali w kuchni. Według badania przeprowadzonego przez nauczyciela Karola Pieczkę, na przykładzie 4 klasy miejscowej szkoły, 22% uczniów miało własne łóżko, a 78% spało z kimś we wspólnym łóżku. Podstawowe wyposażenie niemal każdego mieszkania stanowiły: stół, ławki i krzesło. Na ścianie znajdował się wieszak na codzienne ubrania, a w sieni stała szafa na ubrania „niedzielne”, czyli te odświętne, najlepsze i najdroższe. Tylko w niektórych domach było radio. Jak podaje źródło z 1931 roku, na terenie wioski znajdowało się zaledwie 10 radioodbiorników (0,6 na 100 mieszkańców).
Niemal powszechnym zwyczajem było spożywanie posiłku przez całą rodzinę z jednej miski, stawianej na stole kuchennym, wokół którego siadali domownicy. Panowała niepisana zasada, że kto szybciej jadł, zjadał więcej. Swoistym smakołykiem była maślanka z ziemniakami, przy czym ziemniaki były okraszone usmażoną szpyrką. Od czasu do czasu były placki ziemniaczane pieczone bezpośrednio na blasze kuchennej. Natomiast wielkim kulinarnym wydarzeniem było pojawienie się na stole gotowej i odpowiednio przygotowanej do spożycia kury. Przed jedzeniem obowiązkowo żegnano się i zmawiano własnymi słowami krótką modlitwę, w której dziękowano Bogu za dar stołu. Posiłki spożywano także podczas pracy w polu i po jej zakończeniu. Dalej sporym problemem było przechowywanie produktów spożywczych. Przykładowo chleb z przeznaczeniem na okres późniejszy był suszony. W wielu domach na ścianie w pobliżu „blachy ku¬chennej” znajdował się wieszak z kilkuna¬stoma hakami, na których wie¬szano małe garnki. W niektórych domach był też kołowrotek, na którym kobiety przędły owczą wełnę – zazwy¬czaj z własnych owiec. Często w okresie poprzedzającym święta gospodarze zabijali świnie. Chciano, aby choć w święta posiłki były bogatsze i treściwsze.
W okresie międzywojennym Pruchna nie należała do bogatych, do czego w poważnym stopniu przyczyniła się ostatnia wojna, która pośrednio spowodowała, że zniszczeniu uległ dorobek materialny sporej grupy mieszkańców.
Jak wskazują akta spadkowe, niektórzy mieszkańcy w chwili śmierci nie posiadali jakiegokolwiek majątku. Dotyczyło to przede wszystkim komorników (osób wynajmujących komorę, czyli izbę) i wymowników. W pamięci mieszkańców pozostawały czasy austriackie, które rozpamiętywano podczas rodzinnych spotkań, przeważnie wieczorami, czy w czasie dłuższych posiedzeń w gospodach. Wspomnienia, refleksje, czasem nostalgia nad minioną epoką, wracały w okresie kryzysu gospodarczego. Opowiadano między innymi o cesarzu Franciszku Józefie I, morderstwie gajowego Sajdoka, o pastorze Glajcarze, o arcyksięciu Fryderyku Habsburgu i służbie w cesarsko-królewskiej armii. W niektórych domach rodzice uczyli swoje dzieci języka niemieckiego. Można mówić o sporym przywiązaniu do wioski. Ferdynand Grzybek w swoim rękopisie sporządzonym w 1932 roku, dotyczącym życia codziennego w Pruchnej, między innymi napisał: „Ta przepiękna wieś tak się z naturą związała i na każdym kroku obdarza człowieka rozkoszą, tak się do życia wiejskiego przywiązałem, że nigdy bym go na zawsze nie opuścił. A ten lud wiejski, jakiż on to dobry, uczciwy, miły. Czasem sam to widzę w oczach matki, jaką dobrocią i miłością były przepojone serca owych starych kobiet”. Mieszkańcy wioski pielęgnowali pamięć o poległych żołnierzach w czasie I wojny światowej. Ważnym wydarzeniem w dziejach Pruchnej był dzień 8 lipca 1928 roku, kiedy to dokonano uroczystego odsłonię¬cia, ufundowanego przez miejscowe społeczeństwo, katolików i ewangelików, pomnika poległych w I wojnie światowej pruchnian. Na pomniku widniał napis: „Bohaterom, synom gminy Pruchnej poległym na wojnie dla wolności narodów” oraz imiona i nazwiska poległych. Przybyłych gości powitał naczelnik Paweł Hudziec, zaś przemówienia okolicznościowe wygłosili: ks. prałat Józef Londzin, senator RP, ks. pastor Jan Morcinek, Karol Gumola i inż. Jan Pszczółkowski, administrator stadnin państwowych w Pruchnej. Odsłonięcia pomnika dokonał dr Paweł Zagóra, komisarz starostwa w Cieszynie.
Codzienność wyglądała podobnie jak w pobliskich wioskach, jak na przykład w Hażlachu, Rudniku czy Drogomyślu. Dzień powszedni wypełniały obowiązki w domowym gospodarstwie, które obejmowały różne dziedziny wytwórczości. Jej podstawę stanowiło rolnictwo i ściśle z nim związana hodowla zwierząt. Ważne miejsce zajmowało przetwarzanie produktów rolno-handlowych i przyrządzanie pożywienia dla rodziny. Gospodarstwem domowym w dużym stopniu zajmowały się kobiety, dbały o porządek, dokarmiały zwierzęta, robiły masło, piekły chleb, itd. Z kolei mężczyźni, o ile nie prowadzili własnego gospodarstwa rolnego, pracowali najczęściej w zakładach produkcyjnych, usługach, handlu lub podejmowali różnorakie najemne prace u bogatszych rolników. Według stanu z końca 1931 roku rolnictwo stanowiło źródło utrzymania dla 1029 mieszkańców. Podobnie jak w wielu innych miejscowościach Śląska Cieszyńskiego, ze względu na warunki geograficzne i klimatyczne, uprawa roli nie należała do łatwych i dochodowych zajęć. Rolnicy żyli z tego, co urosło w polu lub wyhodowano w oborze. Część robotników fizycznych, jak też niektórzy kolejarze i nauczyciele, posiadała większe lub mniejsze gospodarstwa. Spora grupa mieszkańców pracowała przy obsłudze linii kolejowej, głównie tej prowadzącej przez Pruchną, m.in.: Józef Trojan, Adolf Pala, Franciszek Weissman, Paweł Gawlik (urzędnik kolejowy), Józef Pieczonka, Józef Tomica, Rudolf Brachaczek (telegrafista kolejowy), Paweł Gawlik, Józef Hudziec, Jan Poloczek, Jan Gabryś, Adolf Gabryś, Józef Bazgier, Ferdynad Szołtys, Karol Duda, Paweł Duda, Rudolf Orszulik i Józef Trojan. Niewielka grupa pruchnian znalazła zatrudnienie w charakterze robotnika leśnego. Tylko nieliczni znajdowali pracę w urzędach, niekoniecznie na stanowiskach urzędniczych, jak na przykład Józef Brachaczek i Franciszek Trojan, którzy na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych pracowali, jako dróżnicy, w cieszyńskim wydziale drogowym. Po zajęciu w październiku Zaolzia jeszcze większa grupa mieszkańców podjęła pracę w zakładach przemysłowych funkcjonujących na terenie Zagłębia Karwińsko-Ostrawskiego. Często do pracy w rejonie Karwiny maszerowali pieszo, a gdy uzbierali więcej pieniędzy kupowali rower, który ułatwiał dojazd do miejsca pracy. Górnictwo stanowiło źródło dochodu dla 19 mieszkańców (m.in. Franciszek Wawrzyczek, Franciszek Obracaj, Józef Brachaczek, Jan Siekierka), przemysł – 227, handel i ubezpieczenia – 42, inne źródło utrzymania – 388 (na przykład Franciszek Juczak był celnikiem). Nieliczni rzemieślnicy posiadali własną parcelę rolniczą. Aby utrzymać i wyżywić rodzinę, niektórzy zajmowali się kłusownictwem w prucheńskich lasach.
Niewątpliwie znaczący wpływ na jakość życia mieszkańców miała gmina, która między innymi dbała o zabezpieczenie potrzeb oświatowych i zdrowotnych mieszkańców, zabiegała o mienie komunalne wsi, o szkołę, drogi, mosty. W odrodzonej Polsce nadal zmieniała się struktura wyznaniowa. Zwiększała się liczba katolików, a zmniejszała ewangelików. Chrześcijańska kultura oraz Kościoły rzymskokatolicki i ewangelicki były czynnikami integrującymi miejscowe społeczeństwo. Ważną rolę integrującą środowisko gminne pełniły organizacje społeczne, przeważnie strażacy, rezerwiści i macierzowcy, skupiające zarówno katolików, jak i ewangelików. Przy czym nadal występowała rywalizacja wyznaniowa, czasem podsycana przez prasę. „Gwiazdka Cieszyńska” w numerze 91 z 28 października 1920 roku zaznaczyła: „U nas w gminie panowała, zawsze zgoda. Katolicy i ewangelicy zgadzali się między sobą, żyli z sobą jako uczciwi sąsiedzi. Od pewnego czasu wszystko się to zmieniło”. Dowodzono, że wszystko zmieniło się za sprawą nauczyciela Leopolda Roika, który publikował na łamach „Głosu Ludu Śląskiego” artykuły, w których kreślił zarzuty pod adresem prucheńskiego proboszcza. Nie brakowało małżeństw mieszanych, na przykład w rodzinie Hok, Gawlik, Witoszek, Kubik. Nie można jednak pominąć, że ewangelicy i katolicy wspólnie uczestniczyli w organizowanych imprezach i uroczystościach.
Oprócz krzątania się dla zapewnienia codziennego bytu, pruchnianie spędzali czas wolny zazwyczaj na tradycyjnych zajęciach związanych ze świętami kościelnymi i na spotkaniach towarzyskich.
Ważnymi i nieodzownymi elementami dnia codziennego były wszelakie zabawy, uroczystości, imprezy kulturalne i społeczne, a także nieszczęśliwe wydarzenia i choroby. Mieszkańcy w coraz większym stopniu dbali o swój wygląd i noszoną odzież. Jan Broda wspomina, że Paweł Brus, aktywny działacz społeczno-polityczny: „Po godzinach nauki szkolnej od wczesnej wiosny do jesieni codziennie bywał w polu. Odpoczywać lubił najbardziej w cienistej altance, wsłuchując się i wpatrując w niestrudzoną pracę pszczół”. Mieszkał w starej szkole zwanej „Czyżówką”. Miał tam swoje gospodarstwo, stodołę i oborę. Przez jakiś czas hodował 2 krowy. Gospodynią była Zuzanna Pisek.
Sposoby i formy spędzania wolnego czasu były zróżnicowane, najczęściej uzależnione od faktycznej jego ilości, wykonywanego zawodu, możliwości finansowych oraz sytuacji rodzinnej. Mieszkańcy oprócz krzątania się dla zapewnienia codziennego bytu, spędzali wolne chwile zazwyczaj na tradycyjnych zajęciach związanych ze świętami państwowymi i kościelnymi oraz na spotkaniach towarzyskich. W wolne dni, przeważnie w niedziele, latem, niektórzy domownicy przesiadywali w swoich ogrodach. Dzieci zajmowały się wypasaniem bydła i gęsi. Tak jak w czasach austriackich niektóre matki same wychowywały swoje dzieci. Spędzanie wolnego czasu w dużym stopniu zależne też było od aktualnej pogody. W okresie letnim, w słoneczne dni, wolny czas spędzano nad brzegami Wisły, Knajki lub okolicznych stawów. Niestety, odnotowano liczne utonięcia dzieci. Przykładowo w 1936 roku w miejscowym stawie utopiły się dwie dziewczynki – Emilia Żyłówna i Małgorzata Gawłowska, zaś w 1938 roku w glinianym dole utonął dwuletni Franciszek Sechnal. W okresie zimowym więcej czasu przebywano w domu, prowadzono rodzinnie rozmowy przy palącym się piecyku.
Pruchnianie w dni robocze, zwłaszcza letnie, nie mieli wiele czasu na rozrywki, a większe prace, takie jak żniwa, wykopki, tak zwane „szkubaczki” czy kwaszenie kapusty, wykonywali z pomocą sąsiadów. Podczas tych czynności przeważnie rozmawiano i śpiewano piosenki. Panny i kawalerowie do tych prac ubierali się wyjątkowo strojnie, jak na święto, by się sobie przypodobać. Niedziele poświęcone były głównie Bogu. W prucheńskich rodzinach obowiązywało okazywanie sobie wzajemnego poszanowania, podkreślana była rola silnej więzi łączącej nie tylko członków najbliższej rodziny, ale również krewnych i spowinowaconych. Gdy w jakieś rodzinie zdarzyło się nieszczęście, to sąsiedzi, krewni bądź znajomi śpieszyli z pomocą. Istniał szczególnie pielęgnowany z pokolenia na pokolenie obowiązek niesienia pomocy sąsiedzkiej, szczególnie w pracach rolnych. Niektórzy pomagali sobie nawzajem w prowadzeniu gospodarstw. Na przykład Anna Bierska wraz z mężem Ludwikiem pomagali w gospodarstwie Anny Poloczek. Gdy w jakieś rodzinie w wyniku pożaru spłonęły zabudowania, wtedy prucheńska społeczność organizowała pomoc. Mieszkańcy zbierali nie tylko pieniądze dla pogorzelców, niezbędne do odbudowy, ale także paszę dla bydła, zboże, ubrania i przede wszystkim żywność.

